Wesołych Świąt Kochane! Skoro mamy grudzień i wszyscy nagle udają że kochają śnieg (który w rzeczywistości jest fajny tylko na zdjęciach z Hokkaido, o których marzę co drugą noc), to mój wewnętrzny Bliźniak po prostu musiał odpalić „Kevina samego w domu”. Film, który jest dla mnie absolutną ikoną i moją duchową, bliźniaczą bazą operacyjną, bo z jednej strony mamy tego dzieciaka, który marzy o tym żeby cała jego chaotyczna rodzinka po prostu zniknęła (co totalnie rozumiem, bo przecież wiecie że cenię sobie moją świętą ciszę i brak dzieciaków biegających z lepkimi łapkami po moim salonie), a z drugiej kiedy już zostaje sam, zamienia się w genialnego stratega przy którym te wszystkie wojowniczki z „Sucker Punch” czy ekipa z „Zombieland” wyglądają jak amatorzy na niedzielnym pikniku.
Pamiętacie jak w moich analizach „Higurashi” zastanawiałam się nad tymi wszystkimi skomplikowanymi pętlami i teoriami spiskowymi które sprawiały że mózg mi parował? No to Kevin robi dokładnie to samo, tylko zamiast japońskich klątw ma dwóch kolesi w furgonetce, którzy mają iloraz inteligencji mniejszy niż Mordercza Opona Robert (choć Robert przynajmniej miał tę swoją telekinetyczną siłę woli, a Marv ma tylko gwoździa w stopie i twarz odciśniętą od żelazka).
Kevin planujący swoje pułapki to jest dla mnie ten sam poziom satysfakcji który czuję, gdy w „Astro Bocie” udaje mi się przejść najtrudniejszy poziom za pierwszym razem bez utraty życia! Czysta radość z siania totalnego zniszczenia w imię wyższego celu jakim jest spokój we własnym domu!
Wiem że niektóre z Was mogą pomyśleć że to tylko “film dla dzieci”, ale słuchajcie! Te pułapki to przecież czyste „Tokyo Gore Police”, tylko w wersji ocenzurowanej przez amerykańską cenzurę lat 90-tych, bo umówmy się: gdyby Harry i Marv żyli w moim ukochanym świecie japońskich horrorów, to Harry po przypaleniu klamką zamieniłby się w miotacz ognia, a Marv po oberwaniu cegłą w głowę eksplodowałby fontanną krwi. A tak dostajemy wersję light, którą możemy oglądać wcinając pizzę i nie martwiąc się, że nasza biała kanapa ucierpi od nadmiaru efektów specjalnych.
Muszę Wam wyznać coś prosto z mojego zakręconego życia: po każdym seansie Kevina mam taką fazę, że sprawdzam systemy bezpieczeństwa w moim mieszkaniu i zastanawiam się, czy nie powinnam rozstawić kilku resoraków pod drzwiami wejściowymi tak na wszelki wypadek gdyby ktoś chciał zakłócić mój błogi stan nicnierobienia. Raz nawet natchniona tym filmem kiedy zostałam sama na weekend i postanowiłam urządzić sobie „wieczór luksusu” w stylu “Emily w Paryżu” próbowałam zrobić sobie tę słynną gigantyczną porcję lodów z wszystkimi posypkami świata, ale skończyło się na tym że zamiast wyglądać jak bogini domowego ogniska wyglądałam jak po walce z mutantem, bo połowa syropu czekoladowego wylądowała na mojej ulubionej piżamie, co uświadomiło mi po czasie, że Kevin ma po prostu nadludzkie skille w ogarnianiu rzeczywistości, których ja mimo moich dwóch osobowości nigdy nie osiągnę bez pomocy ekipy sprzątającej!
Najbardziej niesamowite i co sprawia że szczerze go uwielbiam, to ta nieskrępowana radość z bycia panem własnego losu, bo Kevin jedzący makaron z serem przy świecach i oglądający stare gangsterskie kino to jest szczyt luksusu, który bije na głowę wszystkie instagramowe śniadania jakie kiedykolwiek widziałam.
Kevin nie potrzebuje aprobaty tysięcy followersów, on po prostu chce żeby nikt mu nie przeszkadzał w byciu sobą i to jest ta lekcja, którą każda z nas powinna wziąć sobie do serca! Zwłaszcza w świecie, który ciągle nam mówi jak mamy żyć.
„Home Alone” jest idealny bo ma w sobie więcej akcji niż niejeden thriller sensacyjny, więcej serca niż wszystkie przesłodzone komedie romantyczne razem wzięte i tę cudowną dawkę ekranowego sadyzmu, którą moja mroczna część po prostu uwielbia celebrować w te mroźne wieczory. Dowód na to, że nawet jeśli Twoja rodzina o Tobie zapomni (bo ma głowę w chmurach bardziej niż ja planująca wycieczkę do Tokio…), to i tak możesz wyjść z tego obronną ręką. Ja bawiłam się świetnie, jak co roku! I nawet jeśli znam każdą pułapkę na pamięć to i tak kibicuję temu dzieciakowi, jakby od jego zwycięstwa zależało moje własne prawo do jedzenia śmieciowego żarcia przed telewizorem bez żadnych wyrzutów sumienia!

A Wy? Co byście zamówiły na swoją idealną samotną kolację, gdybyście nagle zostały same w domu na całe święta? Dajcie znać, a ja idę sprawdzić czy nikt nie kręci się pod moimi oknami i czy moja kolekcja figurek z Japonii stoi nienaruszona!