Eleganckie przyjęcie bożonarodzeniowe w lśniącym wieżowcu Nakatomi Plaza gdzie szampan leje się strumieniami, a jedynym Twoim problemem wydaje się być fakt że nie pasujesz do tego świata garniturów i drogich zegarków. Moment w którym grupa wyrafinowanych europejskich „rebeljantów” pod wodzą faceta o manierach dżentelmena oraz sercu rzeźnika przejmuje budynek zmieniając radosne kolędowanie w walkę o przetrwanie.
Czy w te święta warto wybrać Johna McClane’a zmęczonego życiem glinę, który nie ma nawet butów, lecz ma wystarczająco dużo determinacji i sarkazmu by stać się najgorszym koszmarem Hansa Grubera?
Die Hard (po polsku Szklana Pułapka) to już świąteczny klasyk. Arcydzieło z 1988 roku nie jest tylko kamieniem milowym kina akcji, który zdefiniował gatunek na kolejne dekady.
To jest i nie dajcie sobie wmówić (tak jest) że jest inaczej absolutnie doskonały film świąteczny. Dlaczego? Chociażby dlatego że to opowieść o tym, że Boże Narodzenie jest czasem cudów nawet jeśli tym cudem jest przetrwanie skoku z dachu budynku przywiązanym do węża strażackiego, czy że najważniejszym prezentem jaki można dać bliskim jest po prostu bycie obecnym gdy cały świat płonie dookoła.
Die Hard jest przesiąknięte duchem świąt bardziej niż niejeden lukrowany romans z Netflixa, a fakt że akcja dzieje się w Wigilię nie jest jedynie wygodnym tłem, lecz fundamentem całej motywacji bohaterów. Gdyby nie Boże Narodzenie John nie siedziałby w tym samolocie, Holly nie byłaby w pracy po godzinach, a Hans Gruber nie miałby idealnej okazji by uderzyć w uśpione miasto, co czyni ten termin kluczowym dla całej intrygi.
Narracja filmu mistrzowsko operuje motywami znanymi z klasycznych opowieści wigilijnych: mamy tu samotnego bohatera, który musi zmierzyć się z siłami chciwości (Gruber to przecież taki bardziej stylowy Ebenezer Scrooge), by ostatecznie uratować wspólnotę i własne ognisko domowe. Długie, złożone ujęcia Jana de Bonta, w których kamera śledzi McClane’a przedzierającego się przez szyby wentylacyjne kontrastują z radosną ikonografią świąt - choinkami, mikołajami i bombkami co tworzy unikalną słodko-gorzką atmosferę, której brakuje typowym przesłodzonym produkcjom bożonarodzeniowym.
Bruce Willis jako John McClane to objawienie niczym niezniszczalny robot w stylu Rambo.
Facet który krwawi, który się boi i który klnie. Jego bose pokaleczone szkłem stopy stały się symbolem poświęcenia na jakie jesteśmy gotowi pójść dla tych, których kochamy - co jest przecież esencją świątecznego przesłania.
Po drugiej stronie mamy mistrzowską grę Alana Rickmana, jego postać czyli Hans Gruber to złoczyńca idealny: tak charyzmatyczny i inteligentny, że niemal zapominasz że to zwykły złodziej przebrany za ideowca. Ich radiowe potyczki słowne to czyste złoto, które buduje napięcie lepiej niż jakakolwiek eksplozja, a finałowa scena upadku Hansa z Nakatomi Plaza to najbardziej satysfakcjonujący widok jaki można sobie wymarzyć po zjedzeniu wigilijnego karpia.
Die Hard to film kompletny, który z każdym kolejnym seansem smakuje jeszcze i jeszcze lepiej, zwłaszcza gdy ogląda się go z rodziną przy blasku choinkowych lampek. To hołd dla uporu, miłości i faktu że czasami aby ocalić święta trzeba po prostu rozwalić kilku złych facetów i wysadzić w powietrze kawałek wieżowca.

Jeśli szukasz filmu który ma serce, jaja i świąteczny klimat, to John McClane zaprasza na imprezę wigilijną której nigdy nie zapomnisz.
Korzystając z okazji tego świątecznego dnia, pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia: Zdrowych, radosnych oraz spokojnych świąt!