Ten film to nie jest dokument o komputerach. To jest manifest. Hack the planet! To jest głośny, bezczelny i niesamowicie stylowy hymn na cześć cyfrowej wolności i anarchii zaserwowany z energią, której brakuje większości dzisiejszych produkcji. Iain Softley dał nam film który wygląda jakby był zaprojektowany przez grupę nastolatków na speedzie.
Hack the planet!!
Główna obsada to ekipa marzeń każdego nastolatka:
Jonny Lee Miller jako Dade Murphy, czyli “Zero Cool”/“Crash Override” - komputerowy geniusz, młodociany/nastoletni hacker który wraca na scenę po latach banicji.
Angelina Jolie, w swojej pierwszej dużej roli, jako “Acid Burn” jest zimna, niczym gotycka królowa hakerów, która jeździ na motorze i jest zajebiście lepsza od facetów. Ich rywalizacja i flirt to czysta energia rozwalająca ekran.
Wszystkie ksywki, cała ta hierarchia to coś, co sprawia że ten film działa i ogląda się go wyśmienicie pomimo upływu lat. To nie są nerdy w piwnicach. To są Cyfrowi Piraci, którzy mają własny kodeks honorowy, własny styl oraz przede wszystkim wierzą, że informacja powinna być wolna. Ich antagonistą jest “The Plague” (Fisher Stevens), korporacyjny nieetyczny haker, który ma czelność nazywać siebie hakerem. On jest złem korporacyjnym, sztywnym człowiekiem zagrażającym wolności, a nasi bohaterowie postanawiają go zniszczyć za manipulacje, których dokonał oraz przede wszystkim próbie wrobienia ich za komputerowe zbrodnie których nie popełnili.
Wizualnie jest dobrze! Film jest kolorowy, szybki, a sceny w cyberprzestrzeni.
Te trójwymiarowe wizualizacje włamywania się do systemów są hoolywoodzko przerysowane i tak absurdalne, ale jednocześnie genialnie się na nie patrzy.
To jest kino które wierzyło, że Internet będzie “wystrzałowym fajerwerkiem”. Scenografia Nowego Jorku lat 90. jest przesiąknięta subkulturą: deskorolki, kluby, graffiti. Wszystko jest na maksa, wszystko jest COOL.
Natomiast soundtrack to czysty, elektroniczny hałas. Prodigy, Massive Attack, Leftfield. To muzyczny soundtrack do rewolucji, do buntu, idealnie wręcz wpisuje się w kanon filmu. Ta muzyka nie jest tłem: ona jest narzędziem, które napędza cyber włamy i podbija akcję. Kiedy główni bohaterowie siadają do terminali czujesz, że zaczyna się coś wielkiego, coś szybkiego, coś pełnego adrenaliny i coś, co ma zniszczyć zasady.
Być może możesz stwierdzić że film Hackers to kicz, ale to kicz swego rodzaju kultowy, wykonany z pasją i szczerym przekonaniem w siłę młodości i technologii. To nie jest film o tym jak naprawdę wygląda hakowanie, oj co to to to nie. To jest film o tym jak hakowanie powinno wyglądać w najśmielszych snach z perspektywy tamtych czasów. To szybka, stylowa, chaotyczna jazda. Jeśli potrzebujesz czystej, estetycznej zabawy z lat 90 z nutą kiczu ale z dobrym wykonaniem, sięgnij po ten film, rozczarowania nie będzie!

Hackers to esencja lat 90. Film pokazujący wyobrażenia odnośnie “hakowania” oraz klimatu minionego okresu.