Och Kochani! Wybaczcie to chwilowe spłycenie tematu, ale jedno z moich ucieleśnień właśnie przechodził przez fazę pt „muszę to wykrzyczeć zanim mój mózg wygeneruje kolejnych pięćset pomysłów na minutę!”. “Mordercza Opona” zasługuje jednak na coś więcej niż tylko szybki rzut oka. Zasługuje na esej, na hymn, na poemat pisany w świetle neonów i pustynnego słońca!
Jeśli myśleliście że moja miłość do Japonii jest skomplikowana, albo że moja fascynacja krwawymi mutantami z “Tokyo Gore Police” to szczyt mojego dziwactwa, to usiądźcie wygodnie. Bo Robert (tak, ta opona ma imię i ma duszę) sprawił, że wszystkie moje poprzednie recenzje wydają się zaledwie rozgrzewką przed prawdziwym, artystycznym wewnętrznym objawieniem.
Zacznijmy od tego co w tym filmie jest absolutnie najgenialniejsze!
Pamiętacie jak w recenzji “Higurashi” męczyłam się próbując rozwikłać pętle czasu i szukać sensu w tym szaleństwie? Albo jak w “Sucker Punch” doszukiwałam się metafor kobiecej siły, mimo że na ekranie działy się rzeczy z pogranicza snu nastolatka?
Quentin Dupieux (reżyser, którego od dziś do jutra ogłaszam moim duchowym przewodnikiem) wychodzi na samym początku filmu i mówi: „Wiele rzeczy w życiu dzieje się bez powodu. Ten film jest hołdem dla ‘braku powodu’”.
Ja w tym momencie prawie spadłam z kanapy z zachwytu! To jest manifest mojego życia jako bliźniaczki! Dlaczego nagle o 2:00 rano sprawdzam ceny biletów do Tokyo, mimo że jak już wiecie nie planuję tam lecieć w najbliższym tygodniu? BEZ POWODU! Dlaczego potrafię spędzić trzy godziny na ratowaniu robotów w “Astro Bocie”, zamiast zająć się dorosłymi sprawami? BEZ POWODU! Ten film to najwyższa forma szczerości, na jaką stać artystę.
Poznajcie Roberta. Robert nie jest po prostu oponą. Robert to postać tragiczna, to bohater na jakiego nie zasługujemy, to… no dobrze, to opona z telekinetycznymi mocami, ale jakże ta opona gra!
Kiedy widziałam jak Robert powoli „budzi się” z piasku oraz jak nieporadnie próbuje się toczyć a potem miażdży plastikową butelkę… poczułam taką empatię jakiej nie wykrzesał we mnie żaden bohater ostatnio zobaczonych seriali. Serio! Ten kawałek gumy ma w sobie więcej charyzmy niż większość hollywoodzkich gwiazd po trzech liftingach. Scena w motelu kiedy Robert ogląda telewizję i bierze prysznic… Słuchajcie, no po prostu szczyt wizualnego humoru!
To jest ten rodzaj absurdu który sprawia, że moja intelektualna strona analizuje to jako dekonstrukcję kina drogi, podczas gdy moja zakręcona strona po prostu dusi się ze śmiechu jedząc popcorn!
W tym filmie eksplozje głów są… eleganckie? Są jak puenta dobrego żartu. Robert nie musi biegać z kataną. On po prostu patrzy (no, wibruje) i bum. To jest moc, której szczerze mu zazdroszczę, zwłaszcza gdy stoję w kolejce w urzędzie aby odebrać swój nowiusieńki paszport.
Majstersztykiem jest wprowadzenie grupy widzów, którzy wewnątrz filmu obserwują Roberta przez lornetki. To jest tak bardzo śmieszne, że aż boli! Pomyślcie tylko: patrzymy na nich jak oni patrzą na oponę. Cudownie! To idealnie oddaje moje poczucie humoru i moją naturę, jestem przecież wiecznym obserwatorem, który jednocześnie chce być w centrum akcji. Tak! Ci widzowie komentują, nudzą się, ekscytują… zupełnie jak ja, gdy piszę te słowa dla Was! To film, który śmieje się prosto w twarz każdemu kto szuka w kinie „poważnych przesłań”, serio! Albo to ja dramatyzuję.
Wiecie co jeszcze jest żałosne? Że po napisaniu słów o tym dlaczego nie chcę mieć dzieci, nagle odkryłam że… mogłabym adoptować Roberta. Pomyślcie tylko: Robert nie płacze, nie potrzebuje studiów, wystarczy mu trochę asfaltu i okazjonalna możliwość rozwalenia czegoś siłą woli. Czy to nie brzmi jak układ idealny?
Jestem pod absolutnym, totalnym wrażeniem. “Mordercza Opona” to film który jest tak głupi, że aż mądry i tak pusty, że aż wypełniony znaczeniami.
Dla mnie jest też wizualną ucztą; te ujęcia pustyni są tak estetyczne, że gdyby Robert był Japończykiem, na bankl znalazłby się w moim wymarzonym albumie o Japonii, zaraz obok kwitnącej wiśni.
Jeśli Astro Bot był „spa dla mózgu”, to Robert jest „skokiem na bangee dla intelektu”. Film dla tych którzy mają odwagę powiedzieć: „Nie wiem co się właśnie wydarzyło, ale kocham to każdą komórką mojego ciała!”_

Więc pytam Was, moje drogie: czy jesteście gotowe porzucić logikę na półtorej godziny i oddać hołd Robertowi? Czy potraficie docenić piękno w toczącym się kawałku gumy, czy może Wasze wnętrze wciąż domaga się sensu tam gdzie go po prostu nie ma? Dajcie znać, bo czuję że to dopiero początek mojej przygody z kinem „bez powodu”!