Oho ho ho ho! Musimy usiąść i poważnie porozmawiać. Pamiętacie mój ostatni felieton o tym jak bardzo kocham Japonię mimo że jej nie widziałam? O tym jak marzę o różowych płatkach wiśni i grzecznej herbacie?
Cóż, właśnie obejrzałam “Tokyo Gore Police” i moja wewnętrzna ja doznała tak gwałtownego rozszczepienia jaźni, że jedna moja połowa wciąż próbuje się schować pod kołdrę, a druga… druga właśnie zamawia na Allegro replikę miecza samurajskiego i sztuczną krew w kanistrach.
Zapnijcie pasy, bo wchodzimy w rejony gdzie estetyka spotyka się z czystym obłędem, a potem razem wpadają do maszynki do mięsa.
Wyobraźcie sobie alternatywną przyszłość w której policja w Tokio została sprywatyzowana (wolny rynek kochani!), a miasto terroryzują „inżynierowie” mutanci, którym zamiast ran wyrastają… hmmm, jakby to ująć… bronie. Masz ranę ciętą na ręce? Spoko, teraz masz tam piłę mechaniczną. Ktoś cię postrzelił w nogę? Gratulacje, właśnie stałaś się działo-dziewczyną!
Nasza główna bohaterka, Ruka (z traumą czyli totalne przeciwieństwo mojego radosnego paplania), zajmuje się ich „utylizacją” i robi to z wdziękiem rzeźnika na speedzie.
Jakie mam odczucia w swojej dwuznacznej głowie?
Wrażliwa: „Ojej, czy to nie jest trochę… za dużo? Czy ta fontanna krwi naprawdę musi tryskać przez pięć minut i sięgać stratosfery? I dlaczego ta pani ma zamiast dolnej połowy ciała kłapiącą paszczę krokodyla? Moja psychika tego nie udźwignie!”
Zafascynowana: „Cisza tam! Patrz na te efekty specjalne! To jest czysty surrealizm! To jest jak japoński teatr Kabuki, tylko że ktoś zamienił wachlarze na miotacze ognia i kwasu!”
W filmie pojawiają się fałszywe reklamy, np. kolorowych żyletek do „stylowego samookaleczania się". Tak czarny humor, że przy nim kawa którą piję wydaje się być białą czekoladą w płynie.
W tym filmie nie ma miejsca na subtelność. Jeśli coś może wybuchnąć to wybuchnie. Jeśli ktoś może zmutować w krzesło (serio…. nie pytajcie) to zmutuje.
Co mogę powiedzieć? Uwielbiam to jak ten film bawi się moją uwagą. W jednej chwili mamy przejmujący dramat o ojcu i zemście, a w następnej… no cóż, ktoś walczy za pomocą ramion-świdrów. To jest tak absurdalne, że mój mózg po prostu poddał się po 20 minutach i zaczął czerpać z tego perwersyjną satysfakcję.
Designy mutantów są tak chore, że aż fascynujące. To jak najgorszy koszmar senny który miał romans z mangą z lat 90. Pod tym całym oceanem krwi kryje się całkiem zgrabna (choć subtelna jak czołg) krytyka prywatyzacji i brutalności policji.
Gwarantuję że nie będziecie sprawdzać Instagrama podczas seansu! Zbyt bardzo będziecie się bać co zobaczycie po mrugnięciu powiekami!
Czy polecam to zobaczyć? Powiem tak: jeśli Twoim pomysłem na wieczór z kinem japońskim jest „Mój sąsiad Totoro”, to trzymaj się od tego filmu z daleka. Serio. Uciekaj! Ale! Jeśli tak jak ja masz w sobie tę odrobinę przekory i chcesz zobaczyć coś co sprawi że Twoje pojęcie o tym co „można pokazać w filmie” zostanie zmielone, przeżute i wyplute w rytm japońskiego punka - włączaj śmiało. Tylko może nie rób tego przy jedzeniu… Moje zamówione sushi jakoś straciło na atrakcyjności po scenie z „dziewczyną-ślimakiem”. Blah.

A Wy? Jak bardzo „dziwne” musi być kino, żebyście powiedzieli „stop”? Czy jesteście w stanie znieść japoński splatter w imię Sztuki przez bardzo duże „S”, czy po prostu wolicie udawać że ten film nigdy nie powstał? Czekam na Wasze opinie, idę umyć monitor… i oczy. Oczu kąpiel. Mocno.