Myślałyście że po “Sucker Punch” widziałam już wszystko w kategorii „wizualne szaleństwo”? Otóż nie! Mój wewnętrzny chaos właśnie przeżył emocjonalny rollercoaster o jakim nie śniło się filozofom, a wszystko to za sprawą filmu który jest tak dziwny, że aż muszę sprawdzić czy ktoś mi czegoś nie dosypał do tej mojej mrożonej matchy.
To nie jest obraz, umówmy się.. To jest list miłosny napisany na papierze śniadaniowym przez kogoś, kto utknął w 1997 roku, przeżył apokalipsę, a jego jedynym źródłem wiedzy o świecie były komiksy i katalogi z rowerami BMX. Mad Max na składaku, czyli apokalipsa w wersji „zrób to sam”!
Wyobraźcie sobie rok 1997 ale taki, w którym wszystko poszło nie tak (czyli w sumie jak moja fryzura po wyjściu od fryzjera w ubiegły wtorek).
Ziemia to jałowe pustkowie, woda jest walutą, a jedynym luksusem jest posiadanie działającego łańcucha u roweru.
Nasz główny bohater, Kid, to taki uroczy samotnik, który zbiera złom i marzy o byciu superbohaterem.
I tutaj wchodzi moja symetralna osobowość: „Ojej, jaki on słodki, jaki dzielny, jeździ na tym rowerku i ma kask! Chcę go adoptować!”
Ale wtedy wjeżdża ta kolejna (ta, która wychował się na horrorach klasy B) i mówi: „Czekaj czekaj! Czy on właśnie rozwalił komuś głowę za pomocą wirującej tarczy do piły? I dlaczego krew tryska jak z uszkodzonego hydrantu?! KOCHAM TO!”
Musimy porozmawiać o Apple, jednej z bohaterek tego filmu. Ta dziewczyna to czysta nieskrępowana energia zamknięta w… no cóż, nie zaspojleruję Wam kim ona jest, ale jej entuzjazm jest tak zaraźliwy, że przy niej mój ADHD-mózg wydaje się oazą spokoju. Ona jest kwintesencją tego, co ja i moje osobowości mamy w sobie: w jednej sekundzie jest Twoją najlepszą przyjaciółką, która chce układać z Tobą klocki, a w drugiej patrzy jak ktoś zostaje zmielony na miazgę, i mówi „O, patrz, jakie to różowe!”
Ironia? Film ma budżet mniejszy niż moja ostatnia wizyta w drogerii, a mimo to potrafi wykreować świat w którym bardziej przejmujesz się losem pluszowego misia niż większością bohaterów w wysokobudżetowych produkcjach Marvela.
Film wygląda jak znalezisko ze starej kasety VHS, którą ktoś zostawił na słońcu. Kolory są nasycone, muzyka (ten genialny synthwave!) sprawia, że masz ochotę założyć neonowe getry, a efekty specjalne są tak „praktyczne”, że aż czuć zapach lateksu i sztucznej krwi przez ekran.
To jest ten rodzaj filmu, który nie przeprasza za to czym jest. Jest brutalny, jest absurdalny i jest niesamowicie uroczy. To jak jedzenie waty cukrowej która w środku ma ukrytą żyletkę: słodkie, ale musisz uważać, żeby nie stracić palca.
Czy powinnaś to zobaczyć? Znowu! Daję wam dwie odpowiedzi, bo po co ograniczać się do jednej?
Jeśli jesteś fanem retro-klimatów, kochasz lata 80. (mimo że akcja dzieje się w 97) i nie mdlejesz na widok litrów czerwonej farby: Będziesz wniebowzięta. To jest jazda bez trzymanki (dosłownie, bo BMX-y w tym filmie przechodzą wiele)
Jeśli szukasz głębokiej analizy kondycji ludzkiej po upadku cywilizacji: Hmm… może zostań przy lekturze podręczników do socjologii. Tutaj jedyną analizą jest to jak mocno można oberwać kijem bejsbolowym nabitym gwoździami. Czad!
Dla mnie “Turbo Kid” to absolutna perełka, którą lata temu podesłał mi Łukasz do zobaczenia @mydevilroot i jestem Ci za to bardzo wdzięczna!

A Wy? Gdyby nadeszła apokalipsa, jaki byłby Wasz pojazd z wyboru? Ja zostaję przy BMX-ie – przynajmniej nie muszę się martwić o ceny paliwa, a do koszyka z przodu zmieści się moja kolekcja japońskich komiksów