Ohh! Zapnijcie pasy bo wchodzimy w obszary, które moja druga połówka siebie nazywa „estetycznym placem zabaw”, a ta bardziej sarkastyczna połówka, nazywa „wizualnym chaosem na sterydach”. Dziś bierzemy na warsztat “Sucker Punch” film z 2011 roku.
To coś jest w zasadzie zapisem tego, co dzieje się w mojej głowie kiedy próbuję jednocześnie planować listę zakupów, analizować traumy z dzieciństwa i wyobrażać sobie, że jestem międzygalaktyczną wojowniczką.
Filmowa definicja mojego znaku zodiaku: kompletne rozdwojenie jaźni przebrane w pończochy i uzbrojone w katanę. Ma to sens, albo nie ma sensu.
Zasada jest prosta. Mamy Babydoll która trafia do psychiatryka. Żeby przetrwać ucieka w wyobraźnię, gdzie szpital staje się domem publicznym, a żeby uciec z tego domu musi wejść w kolejny poziom wyobraźni, gdzie walczy ze smokami, robotami i steampunkowymi nazistami-zombie.
Brzmi fajnie, prawda? Czy nadążacie? Bo ja czuję się tam jak w domu. Incepcja spotyka teledysk Britney Spears i grę komputerową, a wszystko to zostało podlane sosem z mroku i brokatu. Palce lizać!
O mój Boże, patrzcie na te ujęcia! Każdy kadr to obraz! Te dziewczyny wyglądają obłędnie, muzyka (covery Eurythmics i Pixies!) sprawia, że mam ochotę iść na siłownię i pobić jakiegoś smoka, pomimo że nigdy nie byłam na siłowni i nigdy się tam nie wybiorę. To jest manifest kobiecej siły w wersji turbo glamour!
Moja sceptyczna połowa mówi mi: „Kochanie, zejdź na ziemię!" Reżyser próbuje nam wmówić, że to głęboka metafora uprzedmiotowienia kobiet, podczas gdy przez dwie godziny serwuje nam dziewczyny w bieliźnie skaczące z gigantycznymi mieczami. To tak głębokie, jak kałuża po letnim deszczu w Katowicach, ale hej! Przynajmniej kałuża ładnie odbija neony.
Ironia losu? Ten film jest tak bardzo „o czymś”, że aż zapominam o czym właściwie był, bo akurat na ekranie gigantyczny samuraj z karabinem maszynowym próbuje roznieść główną bohaterkę. I mam sama dylemat: Zaczynamy rozmowę o filozofii, kończymy na dyskusji czy te rzęsy Babydoll są wodoodporne.
Problem z tym filmem jest taki, że on desperacko chce być mądry. Chce nam powiedzieć coś o wolności, o umyśle, o walce z opresją, ale robi to z wdziękiem młota pneumatycznego. Już mój wibrator jest bardziej subtelny.
Ale wiecie co? Jako zakręcona bliźniaczka uwielbiam ten film za jego bezczelność. On ma gdzieś spójność. On chce być wszystkim naraz.
On. On. On chce być dramatem, akcją, fantasy i musicalem. Taka filmowa wersja mojego nastroju kiedy w ciągu jednej godziny zmieniam zdanie na temat tego, co chcę robić w życiu, cztery razy po dwa razy i jeszcze jeden raz po raz. Moja opinia o tym czymś też zmienia się co 15 minut.
Kiedy mam ochotę na coś głębokiego: Wyłączam go po 10 minutach i przewracam oczami tak mocno, że widzę swój mózg.
Kiedy mam ochotę na czysty, wizualny odlot i chcę się poczuć jak w środku gry wideo: Włączam go, podkręcam głośność i bawię się tak bardzo świetnie ignorując fakt, że fabuła trzyma się na słowo honoru i dużą dawkę lakieru do włosów.
Czy to dobry film? Nie. Czy to fascynujące widowisko które warto obejrzeć choć raz, żeby sprawdzić jak daleko może się posunąć wyobraźnia faceta z nieograniczonym budżetem na CGI? Zdecydowanie TAK.

A Wy? Jesteście w teamie “Głęboka Metafora” czy teamie “Ładne Obrazki & Nic Poza Tym”? A może tak jak ja, potraficie być w obu naraz i jeszcze w trzecim, o którym zapomniałam wspomnieć?