Cześć Kochani! To znów ja pomimo że powinnam pracować zdecydowałam się zrobić przerwę i dokończyć swoje myśli! Muszę to wyznać publicznie: Kocham Japonię! Miłością czystą, głęboką i… całkowicie teoretyczną. Bo widzicie, mały szczegół: nigdy tam nie byłam…. Wiem, wiem. To brzmi jak wyznanie kogoś, kto twierdzi, że jest ekspertem od skoków spadochronowych, bo obejrzał wszystkie filmiki na YouTube i raz spadł z łóżka. Ale jako ja, mam tę cudowną (lub przeklętą, zależy od fazy księżyca) zdolność do przeżywania całych żyć w swojej głowie.
Moja miłość do Japonii to klasyczny przykład związku z kimś, kogo widziało się tylko na Instagramie.
Znam każdą uliczkę w Shinjuku (dzięki Google Maps i pewnemu anime o detektywach), wiem, jak smakuje prawdziwy ramen (choć mój jedyny kontakt z nim to ten z proszku, w którym pływa więcej chemii niż w laboratorium NASA) i potrafię odróżnić świątynię shintoistyczną od buddyjskiej o trzeciej nad ranem.
Jestem w tym stanie “pomiędzy”. Z jednej strony mój pokój wygląda jak filia sklepu z pamiątkami w Naricie, a z drugiej mój paszport jest tak czysty jak sumienie kogoś kto nigdy nie skłamał w CV.
Dlaczego to ma sens (przynajmniej dla mnie)? Japonia to idealny plac zabaw dla mojej podwójnej natury. Serio! Czy jest jakiś inny kraj który tak idealnie pasuje do mojego horoskopu?
Dychotomia totalna: Z jednej strony absolutny spokój, ogrody zen, parzenie herbaty przez sześć godzin i kontemplację spadającego liścia (to dla mojej “spokojnej” połówki, która medytuje przez całe 30 sekund).
Chaos kontrolowany: Z drugiej neony, automaty z używanymi krawatami (czy co tam oni teraz sprzedają), Akihabara i tempo życia przy którym kawa z czterema espresso to napar usypiający (to dla mojej “zakręconej” połówki, która ma 1000 pomysłów na minutę).
Ironia polega na tym że kocham japońską punktualność podczas gdy sama spóźniam się na spotkania, bo „nagle poczułam potrzebę sprawdzenia, jak wyglądają japońskie wiewiórki”. Ale w mojej wyobraźni? W mojej wyobraźni jestem idealnie zsynchronizowana z Shinkansenem.
Moje uwielbienie przejawia się w drobnych gestach takich jak te, że kupuję matchę, która smakuje jak zmielona trawa z domieszką rozczarowania, ale piję ją z miną która właśnie dostąpiła oświecenia pod górą Fudżi. Uczę się japońskiego na Duolingo i jestem niesamowicie dumna, że potrafię powiedzieć: “Mój pies pije wodę!” (Inu wa mizu o nomimasu!) pomimo że tak naprawdę psiaka nie posiadam. Biorąc pod uwagę że nie mam psa, jest to wiedza absolutnie kluczowa dla mojego przetrwania w Tokio. Totalnie!
Moja racjonalna strona czasem szepcze: “Ej, może byś tak po prostu odłożyła pieniądze i kupiła bilet?”. Na co ta druga, bardziej kreatywna strona odpowiada: “Ale co jeśli rzeczywistość zepsuje moje wyobrażenie? Co jeśli wcale nie będę główną bohaterką w swoim własnym anime, tylko spoconą turystką która utknęła w metrze?”.
Kochanie Japonii bez bycia tam to czysty luksus!
Pomyślcie tylko! Nie muszę się martwić o jetlag, czy o to że nie umiem używać pałeczek bez robienia z siebie widowiska, ani o to że zgubię się w Shinjuku i odnajdą mnie dopiero w następnej dekadzie.
Moja Japonia jest czysta i estetyczna, pachnie kwitnącą wiśnią i zawsze ma idealne oświetlenie do zdjęć, które tak uwielbiam pstrykać! Jestem tam najlepszą wersją siebie! Taką która nie gubi kluczy i zawsze wie, którą stronę mapy trzymać u góry. Więc tak, kocham Japonię za to czym jest w moich marzeniach. I szczerze? Jestem w stanie utrzymać ten stan jeszcze przez kilka lat… albo przynajmniej do następnej promocji na loty, na który i tak pewnie nie wsiądę bo boję się latać.

A Wy? Macie takie miejsce na świecie, które znacie lepiej z książek i youtuba niż z własnego podwórka, ale boicie się tam pojechać żeby czasami nie zepsuć czaru?