Związek Radziecki który nie upadł - lecz dzięki cudownej substancji zwanej Polimerem stał się technologicznym imperium, gdzie latające miasta unoszą się nad głowami, a roboty wykonują każdą brudną robotę za człowieka.
Sielanka, w której białe gołębie latają nad marmurowymi placami, a każdy obywatel czeka na wielką aktualizację systemu “Kolektyw 2.0”, mającą połączyć umysły wszystkich ludzi w jedną, szczęśliwą sieć. Moment w którym ten cały mechaniczny raj dławi się własnym olejem, roboty zaczynają rżnąć personel na kawałki, a Ty jako Major Nieczajew, znany też jako P-3 musisz wylądować w samym środku tego metalowego piekła, mając u boku jedynie gadającą rękawicę i mnóstwo pytań, na które nikt nie chce Ci odpowiedzieć.
Mundfish stworzyło coś co jest jak wizualny i dźwiękowy narkotyk mieszając estetykę Bioshocka z brutalnością rosyjskiego konstruktywizmu i nostalgią za światem który nigdy nie istniał, a który wygląda tak kusząco, że niemal zapominasz o krwi na ścianach.
Szalona, estetyczna jazda bez trzymanki, która pyta o cenę postępu i o to, czy raj zbudowany na kłamstwie i stali jest w ogóle wart ratowania.
Wizualnie gra sprawia, że przez pierwsze godziny po prostu stoisz i gapisz się na architekturę placówki 3826, gdzie monumentalne posągi sięgają nieba, a wnętrza laboratoriów łączą sterylną naukę z barokowym przepychem. Kontrast między słoneczną utopijną powierzchnią a mrocznymi, klaustrofobicznymi podziemiami, w których natura splata się z polimerem w groteskowych eksperymentach buduje napięcie, którego nie powstydziłyby się najlepsze horrory science-fiction.
Narracja, choć momentami rwana prowadzi przez intrygę pełną zdrad i politycznych gier, gdzie postacie takie jak Seczenow czy tajemnicza Babcia Zina nadają całości unikalnego sznytu. Nieczajew, ze swoim ciągłym “chrupiącym chrabąszczem” jest bohaterem irytującym, ale w ten specyficzny sposób, który pasuje do faceta z dziurami w pamięci rzuconego w świat, który nagle przestał mieć jakikolwiek sens.
Walka w Atomic Heart to brutalny taniec (niczym w Doomie), w którym musisz łączyć tradycyjne gnaty z mocami swojej rękawicy: Zamrażając, rażąc prądem i ciskając robotami o ściany, co daje niesamowitą, niemal fizyczną satysfakcję. Przeciwnicy od “Wovczików” po przerażające, wirujące “Puszczyki”, są zaprojektowani z taką dbałością o detale, że każda walka wydaje się starciem z małym dziełem sztuki inżynieryjnej, które za wszelką cenę chce cię wypatroszyć.
Nie ma nic piękniejszego niż balet morderczych bliźniaczek-baletnic przy akompaniamencie ciężkich riffów i syntezatorów, gdy uświadamiasz sobie, że w tym świecie technologia nie jest narzędziem lecz nowym, bezlitosnym bogiem.
Niestety, gra potrafi czasem zirytować systemem zbierania łupu (choć ssanie wszystkiego rękawicą jest genialne) czy powtarzalnymi zagadkami, które wybijają z rytmu wielkiej demolki. Jednak kiedy wchodzisz w otwarty świat gdzie ścigają cię drony, a w radiu leci przeróbka “Arlekino”, zapominasz o wszystkich błędach gdyż ta atmosfera po prostu wciąga Cię nosem i nie chce wypuścić.
Atomic Heart to gra z duszą, choć jest to dusza zamknięta w zimnym, metalowym korpusie: Ambitny, odważny i niesamowicie stylowy projekt, który mówi nam, iż w gatunku FPS wciąż jest miejsce na świeżość i autorską wizję. Podróż do serca alternatywnego radzieckiego snu, który zamienił się w mechaniczny koszmar, i choć momentami bywa to podróż wyboista, to każdy fan Bioshocka czy Singularity musi ją przeżyć na własnej skórze. Taka piękna katastrofa, od której nie sposób oderwać wzroku.

Jedynym minusem gry jest Denuvo, które negatywnie wpływa na płynność gry. Tak czy inaczej polecam zakupić ten tytuł.