To nie jest powrót Bonda. To jego reinkarnacja. Reżyser Martin Campbell wziął postać, która zaczynała trącić myszką i dał jej kopa w tyłek osadzając ją w świecie, który był nowy, cyniczny, ale wciąż potrzebował bohatera z Martini w dłoni.
Bond na miarę lat 90`: szybszy, mroczniejszy i uzbrojony w więcej cynizmu niż w Aston Martinie.
Brosnan jest idealnym balansem między elegancją Rogera Moore’a a mrokiem Timothy’ego Daltona. Jest zabójczo przystojny (nie mnie to oceniać, ale tak podobno mówiły Kobiety), ale w jego oczach czai się chłód. Najlepszą rzeczą w tym filmie jest zmiana dynamiki. Bond mierzy się nie tylko ze złem, ale też z samym sobą, a jego głównym wrogiem jest… inny agent 00 (Sean Bean). To jest sedno tego filmu: zdrada, która uderza w samo serce MI6.
A Kobiety? Ten film wprowadził “M” (Judi Dench), która nazywa Bonda “seksistowskim, mizoginistycznym dinozaurem”, co było na swój sposób rewolucyjne. Natalya Simonova (Izabella Scorupco) jest mądra, kompetentna i ratuje Bonda równie często, jak on ją.
To jest Bond, który musi dostosować się do nowego świata, w którym kobiety mają władzę a jego stare metody nie zawsze działają.
Wizualnie, film jest dynamiczny i globalny. Od zapory na początku i tym przepięknym skokiem, przez kasyno w Monte Carlo, po chaos Sankt Petersburga. Sceny akcji są duże, głośne i zrobione z prawdziwą praktyczną werwą (w końcu to jeszcze lata 90`). Brosnan biega, skacze i strzela z klasą, ale widać, że to już nowa epoka, gdzie musi się bardziej pocić niż jego poprzednicy.
Muzyka Érica Serra jest… dyskusyjna. Kiedy jest bombastyczna i orkiestrowa, sprawdza się idealnie. Ale kiedy wchodzą syntezatorowe, elektroniczne wstawki, brzmi to jakby ktoś wrzucił do scen akcji soundtrack z gry wideo. Niemniej jednak, piosenka tytułowa Tiny Turner to czysty, potężny, seksowny hymn, który obiecuje, że zabawa właśnie się zaczęła.
GoldenEye to triumfalny powrót do formy, który ustalił ton dla nowoczesnej serii Bonda. Jest dynamiczny, zabawny, pełen fantastycznych sekwencji akcji (pościg czołgiem w Petersburgu był wspaniały!) oraz ma fantastycznego antagonistę. To jest kino akcji z lat 90′ w najlepszym wręcz możliwym wydaniu: stylowe, głośne i bezczelnie rozrywkowe! Film w którym 007 udowodnił, że wciąż ma licencję na zabijanie i jest warty zachodu.

GoldenEye to do tej pory mój ulubiony film z 007.