American Beauty film z 1999 roku to nie tylko dramat, to krzyk oraz obudzenie się faceta po 40 który nienawidzi swojej pracy, czy życia.. To jest chirurgicznie precyzyjny, cyniczny i - o dziwo, piękny strzał prosto w serce amerykańskiego snu. Sam Mendes, w swoim debiucie pokazał nam co się dzieje, gdy zdejmujesz zasłonę z perfekcyjnie skrojonych kłamstw. To film o uwolnieniu, które przychodzi za wysoką cenę.
Bo życie zaczyna się po 40.
Kevin Spacey jako Lester Burnham to ikona kryzysu wieku średniego. Jego przemiana jest spektakularna lecz zarazem śmieszna, ale też głęboko wzruszająca. Z biurowego korpo-zombie który pozwala, by żona go kastrowała psychicznie, staje się wolnym duchem palącym trawę, ćwiczącym i pożądającym nastolatki. To jest jego sposób na odzyskanie kontroli, na bunt przeciwko własnej, zniszczonej egzystencji.
Dookoła Lestera kłębi się galeria chorych postaci: Jego żona Carolyn (Annette Bening), która woli seks z lśniącą poduszką i dąży do perfekcji za wszelką cenę; córka Jane, która gardzi swoimi rodzicami, ale znajduje ukojenie w chorobie sąsiada, czy wreszcie Ricky: młody diler, którego kamera jest jedynym oknem na piękno i prawdę.
Film jest bezlitosny w obnażaniu hipokryzji. Pamiętasz sąsiada, pułkownika Franka Fitza? Twardy, homofobiczny, konserwatywny żołnierz, który ma więcej tajemnic i tłumionej namiętności niż cała ulica razem wzięta.
To jest sedno American Beauty: nikt nie jest tym, kim się wydaje, a to co ukrywamy, jest zawsze bardziej interesujące niż to, co pokazujemy.
Muzyka Thomasa Newmana: melancholijna, eteryczna, hipnotyzująca, jest jak dźwiękowy zapis neurozy. Podkreśla alienację Lestera i tęsknotę za czymś prawdziwym, za czymś więcej niż tylko spłatą kredytu hipotecznego. To jest ścieżka dźwiękowa do momentu, w którym przestajesz czuć i nagle znów czujesz za dużo.
Wizualnie “American Beauty” jest oszałamiający. Kontrast między szarą, monotonną rzeczywistością, a czerwienią róż i płatków, które stają się fetyszem i symbolem to istny geniusz. Czerwień jest tu kolorem pożądania, chaosu i wreszcie: oświecenia. Estetyka jest jednocześnie sterylna i zmysłowa. Przedmieścia są perfekcyjne na zewnątrz, ale ich wnętrza są pełne wrzasków, frustracji i ukrywanych dewiacji. Obraz całościowo jest cyniczny, prowokacyjny i w końcu: głęboko humanitarny.
To opowieść o tym, jak przestać się bać, jak przestać udawać, czy też jak umrzeć wolnym.
Opowieść z genialnymi kreacjami aktorskimi i scenariuszem Alana Balla, który daje do żywego. Kino, które zmusza do myślenia o tym co jest naprawdę piękne w twoim własnym, popieprzonym życiu.

A teraz wstań i pomyśl o swoim własnym życiu. No już!