Bliskie mi Osoby wiedzą, że obok Czarnobyla rozmawiam i przekazuję wiedzę o jednym z największym utajnionym wypadku atomowym w dziejach: Istnieje jeszcze jeden ciemniejszy, cichszy i niemal doskonale zatajony przypadek, który udowadnia jak bardzo sowiecka buta i kult tajemnicy kpiły sobie z ludzkiego życia. Mówię o katastrofie krysztymskiej z 1957 roku.
Gdy dowiedziałem się o skali tego wypadku, byłem enigmatycznie przerażony, nie krzykiem reaktora, ale ciszą jaką ZSRR nałożyło na całe zdarzenie.
Choć wszyscy kojarzą Prypeć i Ignalinę, Mayak (Oziersk, obwód czelabiński) to była prawdziwa kopalnia atomowego złota: miejsce, gdzie na łeb na szyję produkowano pluton do sowieckiej bomby atomowej. To właśnie tam 29 września 1957 roku doszło do katastrofy, która w skali INES ustępuje tylko Fukushimie i Czarnobylowi.
Ambitny Projekt, prymitywna obsługa
Dzieło sowieckich inżynierów kombinat Mayak był obrazem bardzo mocno przekonującym, ale tylko na zewnątrz. W środku metody zarządzania odpadami radioaktywnymi były tak prymitywne, że aż boli. Odpady wtłaczano do gigantycznych podziemnych zbiorników chłodzonych wodą (bo tak jest po prostu taniej), lecz gdy system chłodzenia zbiornika się zepsuł (w lipcu 1956 roku) i nikt nie zdecydował się go naprawić na czas, było już za późno…
Napięcie które narastało pod ziemią w postaci ciepła, parowania i eksplozji chemicznej było tak ogromne, że jakby świat przedstawiony dosłownie “wylewał się” z filmowego hollywoodzkiego ekranu. Tylko że działo się to w realnym świecie, bez świadków, albowiem miasto Oziersk w ogóle nie istniało na mapach. Piorunująco dobry był fakt samego wybuchu, który nie był nuklearny, ale wystarczający by stu sześćdziesięcio tonowa betonowa pokrywa zbiornika poleciała w powietrze.
Ślad radioaktywny oraz jego konsekwencje
Przywiązanie do detali natury oraz wierność materiału źródłowego (czyli śmiertelnej dawce radioaktywnych izotopów) przekonało tak bardzo, że w powietrze poleciało 20 milionów Kurii radioaktywnego materiału. Utworzył się pas ziemi długości setek kilometrów, totalnie skażony niczym gigantyczna, niewidzialna plama farby na mapie ZSRR. Losy okolicznych mieszkańców, czyli 10 tysięcy ludzi z okolicznych wsi, jak Metlino były tak samo ważne jak perypetie głównych postaci w filmie. Nikt im nie powiedział, co się stało. Nikt im nie powiedział dlaczego. Po prostu: Ewakuacje odbywały się powoli i z największą tajemnicą, a ludzie którym kazano odejść dostali tylko kilka godzin na spakowanie swoich rzeczy. Potem miasteczka po prostu zniknęły z powierzchni ziemi zaorane przez buldożery by zatrzeć ślady.
Całość ogląda się (czyta) tak dobrze, że chociaż mowa jest o jednym zdarzeniu czujesz, jakbyś widział całą epokę.
To co przekazane emocje na tym elektronicznym papierze “robią robotę”, to uświadomienie, że przez dekady setki tysięcy ludzi żyło w promieniowaniu o którym Kreml wiedział, ale konsekwentnie kłamał.
Obraz jest warty więcej niż słowa. Jest to jedna z tych produkcji historycznych (choć nieekranizowana tak jak serial HBO), dla której warto poświęcić czas i nadrobić zaległości w wiedzy o tym jak sowiecka władza traktowała własnych obywateli. Obraz tak wybitny w swej potworności, że słowa nie są w stanie podkreślić kunsztu i wyrafinowania całościowego tego gigantycznego, zapomnianego kłamstwa.
Oczywiście! Zdaję sobie sprawę, że w swoim osądzie mogę być nie do końca obiektywny, jednakże hej! Przekazuję swoje szczere oraz prawdziwe odczucia: Kysztym to dowód na to, że ZSRR był w stanie poświęcić własną ludność w imię kłastw.

Nawiasem pisząc: Polecam fantastyczny film na youtube na temat Krysztyma oraz kombinatu Mayak. Porządny materiał, który ogląda się po prostu wyśmienicie.