Już sam fakt, że kultowa postać Agenta 47 będąca ikoną bezwzględnej skuteczności i niemal chirurgicznej precyzji w świecie gier wideo miała doczekać się swojej pełnoprawnej kinowej adaptacji, wzbudzał wśród fanów od lat śledzących jego poczynania mieszankę ekscytacji oraz głębokiej, uzasadnionej obawy, ponieważ historia adaptacji gier na duży ekran rzadko kiedy obfitowała w spektakularne sukcesy, które mogłyby zadowolić zarówno wybrednych krytyków, jak i zagorzałą społeczność graczy.
Kiedy ostatecznie na ekranie pojawił się Timothy Olyphant, chociaż jest aktorem o niekwestionowanym talencie, zwłaszcza w kreowaniu postaci o zimnym, nieco sardonicznym uśmiechu.
Niestety, w tej roli wydawał się jedynie bladym szkicem
idealnego zabójcy, ponieważ jego próba uchwycenia stoickiego, niemal pozbawionego emocji profesjonalizmu, który definiował Agenta 47 w wirtualnym świecie, ostatecznie sprowadza się do chodzenia w garniturze i marszczenia czoła, podczas gdy widzowie oczekiwali czegoś znacznie więcej niż tylko powierzchownej imitacji.
Fabuła, która teoretycznie powinna stanowić misterną, niemal szachową grę intryg i dezinformacji, gdzie każdy ruch jest kalkulowany z niesamowitą dokładnością została boleśnie uproszczona, zamieniając subtelność na rzecz bezmyślnej, choć efektownej jatki, co stanowi największy grzech scenariusza, gdzie scenarzysta ewidentnie nie zrozumiał istoty źródłowego materiału, ponieważ w grach sednem jest metodyczne planowanie, a nie chaotyczna ucieczka.
Zamiast budować napięcie wynikające z konieczności ukrywania się w tłumie i eliminowania celów z finezją, Xavier Gens postawił na sekwencje akcji które, chociaż dynamiczne i wizualnie dopracowane całkowicie ignorują fundamenty gry, gdzie Agent 47 jest duchem, a nie maszyną do rozwalania drzwi i hurtowego koszenia przeciwników, co prowadzi do wniosku, że filmowcy bardziej koncentrowali się na łatwej rozrywce niż na wierności klimatu.
Wprowadzenie Olgi Kurylenko jako Niki, naiwnej i zagubionej Rosjanki stanowi niestety kolejny dowód na to, że producenci bardziej dbali o spełnienie hollywoodzkich klisz niż o zachowanie mrocznej, samotniczej natury protagonisty, gdyż Jej obecność w większości scen służy jedynie wymuszeniu na Agencie 47 jakichkolwiek ludzkich odruchów, które są całkowicie sprzeczne z jego naturą, który powinien być pozbawiony takich sentymentów.
Mimo wszystko, muszę uczciwie przyznać, że kilka scen walki, szczególnie te wykorzystujące broń białą lub elementy środowiska w sposób, który przywodzi na myśl najlepsze momenty serii gier, prezentuje się imponująco, sugerując, że gdzieś w tym chaotycznym projekcie tliła się iskra potencjału, który jednak został zduszony przez hollywoodzką machinę, żądającą szybkiego tempa i widowiska
Konkludując: Hitman z 2007 roku jest typowym przykładem tego jak wielkie nadzieje pokładane w udanej adaptacji, ostatecznie rozbijają się o rafę niezrozumienia esencji pierwowzoru,
ponieważ mimo solidnej pracy kamery i charyzmy Olyphanta film ten jest jedynie płytkim, hałaśliwym echem historii, którą fani kochali za jej mroczną ciszę i metodyczną elegancję, co czyni go wręcz produkcją wartą zobaczenia tylko w przypadku, gdy oczekujemy prostej rozrywki akcji, a nie prawdziwego przeniesienia esencji Agencji i jej najbardziej wyrafinowanego agenta na kinowy ekran.

Gdy nie jesteśmy jednak fanami Agenta 47, film ogląda się lekko. Czy tak czy nie, zobaczyć warto dla wyrobienia swojego własnego zdania.