The Snowman miał być tym mrocznym skandynawskim kryminałem, który zdefiniuje dekadę. Skończyło się na tym, że zdefiniował to jak źle można zepsuć świetny materiał źródłowy. Wygląda jak plakat reklamowy, ale w środku jest pusto, jak w lodówce alkoholika na odwyku.
Michael Fassbender jako detektyw Harry Hole. Oczekiwania z mojej strony były ogromne. A co dostałem?… Nic.
Fassbender chodzi przez większość filmu z miną jakby właśnie przypomniał sobie, że zostawił włączone żelazko. Ma być tym geniuszem, tym zniszczonym, lecz błyskotliwym detektywem, ale przez większość czasu jest tylko Fassbenderem w grubym płaszczu, dającym się wlec od jednej nieudolnie skonstruowanej sceny do drugiej.
Główna intryga, czyli seryjny morderca który zostawia po sobie bałwany przy każdej ofierze miał potencjał, lecz film nie umie go wykorzystać.
Kluczowe sceny są urwane, wątki poboczne wprowadzane chaotycznie, a rozwiązanie zagadki jest tak nagłe i niespójne, że czujesz się, jakby ci ktoś zabrał kawę w połowie łyka.
Czujesz się dosłownie jakby studio wycięło dużą część materiału, i chyba (?) tak właśnie było. Film jest jak podziurawiony szwajcarski ser: mnóstwo dziur, zero smaku.
Coś pozytywnego? Jest pięknie sfotografowany - to trzeba przyznać. Białe, norweskie krajobrazy są rozległe, puste i złowieszcze. Wszędzie śnieg, lód i ponura, szara paleta (witaj w Polsce!). Estetycznie jest to ta czysta Skandynawia, piękno i mrok. Ale to tylko pudrowanie trupa kolokwialnie pisząc.
Problem leży w tempie i fabule. Reżyser, Tomas Alfredson, tutaj jakby zasypiał za kamerą i nie ogarniał co się dzieje. Historia jest poszatkowana, postacie pojawiają się i znikają bez ostrzeżenia, a motywacje mordercy są tak mętne i słabo zarysowane, że pod koniec przestajesz rozumieć dlaczego właściwie ten psychopata lepi te pieprzone bałwany i co one symbolizują, o ile wgl coś symbolizują.
The Snowman to zimny, nudny i beznadziejnie zagmatwany kryminał pod względem ekranizacji filmowej.
Istny dowód na to, że sam styl i świetni aktorzy nie uratują scenariusza, który rozsypuje się na kawałki pod ciężarem śniegu i chaosu montażowego. Zamiast mrocznego thrillera, dostajemy mroźny niewypał. Lepiej przeczytaj książkę Nesbø, jest o wiele, wiele lepsza niż ten film. A szkoda, wielka, wielka szkoda…

“Polecam zobaczyć” jeśli nie szkoda na to czasu. Fasbender zaskakuje swoją grą aktorską na poziomie… roztopionego bałwana.