Studio Turtle Rock które obiecało powrót do złotych czasów kooperacyjnej rzezi obiecało grę która miała być mesjaszem gatunku, produkcja od “twórców Left 4 Dead” okazała się jedynie echem sukcesu sprzed dekady ubranym w nowoczesne szaty i mikrotransakcje. Ale, po kolei…
Back 4 Blood to jedna z najsmutniejszych historii branży ostatnich lat.
Projekt który na pierwszy rzut oka miał wszystko: rodowód, budżet i wygłodniałą bazę fanów Left 4 Dead, którzy oddaliby nerkę za godnego następcę. Skończyło się na produkcie, który choć technicznie poprawny jest tak przerażająco pozbawiony tej iskry, która sprawiała że w dzieło Valve zagrywaliśmy się latami czy gramy do tej pory z powodu braku dobrej alternatywy. B4B jest bolesnym dowodem na to, że nie da się dwa razy wejść do tej samej wody, zwłaszcza gdy woda ta jest mętna od nietrafionych decyzji projektowych.
Gameplayowo gra prezentuje się solidnie, mamy hordy „Riddenów” wyglądających obrzydliwie (a to na plus), krew tryska tam gdzie powinna, a lokacje są klimatyczne - choć rzadko zapadają w pamięć tak jak kultowe No Mercy. Problemem nie jest oprawa graficzna produktu (albowiem ta moim zdaniem broni się sama w sobie), lecz serce rozgrywki. System kart który w założeniu miał sprawić że każde podejście będzie inne, w rzeczywistości sprawił że gra stała się niepotrzebnie skomplikowana i trudna do wyważenia, co dla wielu graczy było barierą nie do przejścia.
Narracja jest tu szczątkowa i, szczerze pisząc… nudna. Bohaterowie rzucają czerstwymi żartami, które mają budować klimat, a sprawiają jedynie że tęsknisz za cynizmem Francisa czy charyzmą Billa z Left for Dead. Długie sesje z grą obnażają brak precyzji w gunplayu i irytujące błędy techniczne, które Turtle Rock łatało miesiącami (spokojnie, obecnie są już załatane i gra się całkiem nieźle), podczas gdy gracze masowo uciekali z powrotem do bezpiecznej przystani starego dobrego L4D2.
Największą zbrodnią Back 4 Blood jest to jak szybko deweloperzy podnieśli białą flagę i opuścili swoje własne dzieło.
Kiedy gra zaczęła łapać wiatr w żagle po kilku dużych aktualizacjach studio ogłosiło koniec wsparcia zostawiając społeczność z produktem, który nigdy nie osiągnął swojego pełnego potencjału. Moim zdaniem? Karygodne. Uczucie niczym gdy widzisz sportowca z ogromnym talentem, który decyduje się przejść na emeryturę po dwóch przeciętnych sezonach: zostaje tylko gorycz i pytanie „a co by było gdyby?”
“To nie jest zła gra. To po prostu gra która obiecała nam powrót do domu, a zawiozła nas do taniego hostelu z niedziałającym WiFi i karaluchami w szafce.”
To co miało być wielkim powrotem weteranów branży (przypominam, że gra była reklamowana jako ta od Twórców Left 4 Dead), stało się jedynie przypisem w historii gatunku. Zabrakło tu tej unikatowości pomimo systemu kart, tego organicznego strachu przed nadbiegającą Wiedźmą i tej idealnej współpracy, która nie wymagała studiowania tabel w Excelu przed każdą misją.
Słowem zakończenia Back 4 Blood to monumentalna zmarnowana szansa. Serio.
Gra która miała potencjał by rządzić przez lata, a skończyła jako cichy wyrzut sumienia na kontach Steam milionów graczy.
Jest to ogromna szkoda albowiem fundamenty były solidne, tym bardziej boli że developerzy zdecydowali się ogłosić koniec wsparcia dla produktu, który po łatkach zaczął chodzić przyzwoicie i przynosić fun!
Obecnie casualowo w produkcję gra się całkiem nieźle, jeśli jesteś niedzielnym graczem i znajdziesz ją na promocji za 19,99 zł polecam dodać do koszyka i dać jej szansę.

Moim zdaniem warto dać jej szansę, radzę jednak kupić ją tylko i wyłącznie na promocji. Back 4 Blood dostępna jest na platformie Steam.